18 stycznia 2010

Wyjazd

Żeby podreperować troszke ststystyki styczniowe i oprzeć się zarzutom, że zapomniałam o blogu zamieszczam kilka zdjęć z naszej Podróży Życia (jak dotąd).
















Babcia miała okazję zabawić się w konika ciągnącego sanie. Łucja uwielbia śnieg, Igor nie był przekonany, czy nie jest to zjawisko zbytnio przypominające piasek, którego on nie cierpi...






















Była i choinka, i stylizacja na koszykarza. To ciekawe w świetle teorii terapeutki Alice Miller o dzieciach jako więźniach marzeń rodziców...
Kule z pingwinkami zabrali celnicy na lotnisku. Zagrażała bezpieczeństwu...






















A potem były Święta i przyszedł Mikołaj i chyba sklep z zabawkami obrabowal bo tyle przyniósł prezentów, że ciężko było wśród nich znaleźć dzieci...







...Szczególnie Igora. Chociaż ten odkrywał swoje prezenty jeszcze przez następne dwa tygodnie...













W Pierwszy dzień Świąt Igor przeszedł do konsumpcji ciastek... I miał wiele przeciwko temu, że go ktoś prosił o koooolejneee zdjęcie...
























A potem Łucja bardzo chciała zobaczyć te sławne Duże Budynki więc pojechaliśmy. Łucja miała wrażenie, ze ogromne wieżowce zaraz się na nią przewrócą, i bardzo jej sie to wrażenie podobało. W meksykańskiej knajpce, gdzie jedliśmy lunch (tak,tak jadalismy tam lunch a nie zwykły obiad) podano nam burrito zawinięte w papier a Łucja bardzo była zaskoczona, że "w TYM Nowym Jorku nie podają na zwykłych talerzach..." Zmęczona ale chyba zadowolona, mimo, że nie pojechaliśmy na Ground Zero a to, wg Łucji najciekawsze miejsce na świecie, z magnesem w kształcie Statuły wracała do domu...








Krótki wypad do zaśnieżonego Bostonu. Tato w końcu poszedł na mecz NBA a nam przemokły buty na tej chlapie... Ale canoli były pyszne...

























W wolnym czasie i żeby gospodarze mogli odpocząć od krzyków i szaleństw naszych dzieci, schodziliśmy do piwnicy na partyjke...
Krótki kij uznany został za kij dla dzieci...












Tylko Igora trzeba było pilnować bo czasem zabierał bile...

























Niestety nadszedł czas pożegnań. A zaczał czas najdłuższej podróży w naszym życiu... Było kilka rekordów i przełamania lodów. Najdłużej bez snu i odpoczynku a z dzieciakami pod opieką - 34h.Główne źródło pożywienia - frankfurcki McDonald's. Miejsce półgodzinnej drzemki mamy - stolik w McDonaldzie... Czas trwania podróży do domu - 48h.



To ten McDonald's właśnie. Przynajmniej widok był ciekawy...












Tak czy owak odwiedziny u Rodziny - super! Za co bardzo Rodzinie dziękujemy!
A teraz zabieram się za naukę do sesji...

4 komentarze:

  1. Świetna fotorelacja! Nadbagażu nie mieliście?

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu moglismy miec az 7 walizek i mniej wiecej dalismy rade. Zabralismy nawet Lucji keyboard. Tylko zabawki ida w paczkach wiec beda atrakcja jak przyjda...

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, ty się, drive way, nie wymądrzaj...

    OdpowiedzUsuń